R.... Magic Bernese
R.... Magic Bernese
24 czerwca 2025 – 2 lipca 2025
Zespół zanikającego szczenięcia
R.... Magic Bernese na co dzień
Mam wrażenie, że hodowla w tej chwili więcej odbiera, niż daje…..
Od 2009 roku pod moimi rękami urodziło się i dorosło blisko 100 berneńskich szczeniąt. Od planowania miotu aż po przeprowadzkę do nowej rodziny. Do dzisiejszego ranka nasza statystyka wynosiła 100%: każde szczenię, które się urodziło, przeżyło i wyprowadziło się do nowego domu w pełni zdrowe. Nie było jeszcze ani jednego złamanego końca ogona ani nawet najmniejszego urazu – ani u szczeniąt, ani u mam. Oczywiście wymagało to tego, żebym była z miotem i jego mamą 24 godziny na dobę. Często spałam z nimi w kojcu porodowym. Co 2–3 godziny pomagałam mamie karmić, a szczeniakom jeść. Wspierałam te nieco mniej zaradne, a duże mioty dokarmiałam mlekiem zastępczym, żeby organizm mamy nie był aż tak obciążony. A między karmieniami pozostałe obowiązki, takie jak higiena, rozpieszczanie mamy, gotowanie dla niej, utrzymywanie porządku, opieka nad naszymi pozostałymi psiakami… to była próba fizyczna i psychiczna, ale cudowne zadanie. Widzieć, jak z maleńkich kłębuszków futra wielkości kreta z dnia na dzień wyrastają coraz zręczniejsze szczeniaki. Uchwycić ich pierwsze spojrzenie, gdy otwierają oczka. Zawsze kupować im jakąś nową zabawkę… patrzeć, jak z radością odkrywają świat. Z takimi planami czekałam też na przyjście na świat maleństwa z miotu R. Rozmawialiśmy nawet o tym, jak dobrze mu będzie. Mnóstwo mleka, 100% uwagi, super mama w osobie Molly i ja w roli zastępczej mamy. 3 tygodnie pełnego wolnego od pracy, które poświęcam tylko Jemu, tak jak zawsze dotąd. Już przy jego narodzinach pojawiły się pewne trudności, ale dobrze je przetrwaliśmy. A potem, 2 dni temu, po północnym karmieniu, w mgnieniu oka coś się zmieniło. Szczeniak stracił swoją żywotność i nie rwał się już tak do mleka. Z domowej apteczki dostał, co się dało, a rano od razu do lecznicy, gdzie po tlenoterapii i różnych badaniach z nadzieją zabrałam mini misia do domu, choć wiedziałam, jak bardzo źle się czuje i że czekają nas krytyczne 24 godziny. Ale walczymy i się nie poddajemy. Do rana czuwaliśmy przy nim z mężem i rozmawialiśmy o psach, o hodowli, o trudnościach, o radościach…. Ale wczesnym rankiem światło w oczach szczeniaka zgasło i przegrał walkę z niewydolnością płuc i jej powikłaniami. Fachowo uważamy, że była to wada wrodzona/rozwojowa, chromosomy źle się połączyły i dały temu małemu aniołkowi 8 dni. Nikt nie popełnił błędu, każdy zrobił ponad siły wszystko, co mógł… a mimo to mamy tragiczny dzień. Po ludzku, emocjonalnie, hodowlanie… Zawsze szukamy pozytywów i staramy się z każdej sytuacji czegoś nauczyć i rozwijać. Ale nie mogliśmy temu ani zapobiec, ani uratować szczeniaka. Statystyka z 16 lat: 17 miotów… 1 stracony szczeniak… pięknie, pięknie, ale boleśnie…